wtorek, 13 grudnia 2016

II.



Czasami przychodzą dobre dni.
Wtedy mam pełnię sił, żeby wstać z łóżka, przygotować się do wielkiej wyprawy na uczelnię, robienia rzeczy produktywnych. Zajęcia się tymi malutkimi rzeczami, które jeszcze czasem sprawiają mi przyjemność, bądź sprawiają, że mam za co zrobić zakupy.
Ale to nie jest taki dzień. To jest dzień, w którym patrzę w lustro zastanawiając się dlaczego nie mogłabym być choć raz taka jak inni.
Nie chodzi mi o wyidealizowane wzorce, photoshop nie jest maską, która jest mi obca - proszę was, uśmiecham się każdego dnia i od lat nikt nie zauważył, że coś jest nie tak.
Od paru dni jestem na diecie płynnej. Można przeżyć bez jedzenia, można nawet bez powietrza jak to śpiewała Demarczyk.

Skończyły mi się papierosy, nie mam siły wyjść na zewnątrz po nowe. Wszelkie normy społeczne wymagałyby ode mnie bycia zadbaną - umyte włosy, świeża bluza, czy minimalna ilość makijażu, która zakryłaby cienie pod oczami i zaczerwienione oczy.
Nie, nie mam na to siły.
Muszę ją zebrać do małego wiaderka i zachować na jutro. Wizja niezdania semestru przeraża mnie bardziej niż depresja powstrzymuje w miejscu. Powiecie "zależy jej na czymś - nie jest chora". Problem jest taki, że.. nie zależy.
Niezdanie wiąże się z kolejnym linczem rodziny, z kolejnym obśmianiem mojej głupoty, kolejnymi porcjami bólu. Choć mój mózg mnie nienawidzi, zdaje sobie sprawę, że nie udźwignęłabym takiej dawki bólu. Trzyma mnie przy życiu jak rasowy psychopata.


Wczoraj pękłam.
Nie przed rodzicami, przed nimi udaję silną i szczęśliwą istotę (wiecie, że to wcale nie jest takie trudne? Ludzie z przyjemnością ulegają pozorom, bo kiedy problem nie jest widoczny na pierwszy rzut oka, tak naprawdę wcale go nie ma).
Napisałam do swojej najbliższej i jedynej przyjaciółki. Staram się ją chronić przed moją chorobą, o której nie wie. Kryzys sprawił, że chciałam jej powiedzieć... Chciałam być wysłuchana, choć jeden jedyny raz.
Czy zostałam?
Nie. Przeżyła zły, ciężki tydzień - jak mogłabym ją winić za to, że reklamacje z avon'u czy stłuczone szkło hartowane w jej umyśle były ważniejsze od tego jak się czuje inny człowiek.
Nie winię ludzi za egoizm - pewna inteligentna osoba w swoim vlogu powiedziała pewną niewygodną prawdę - "każdy jest egoistą, bo dopóki nie zaspokoi swoich wewnętrznych potrzeb, nie będzie zajebiście funkcjonował". 

Nie mniej pękłam i zadałam jedno proste pytanie:
"Czy naprawdę mój cały ból który przeżywam jest tak bardzo niezauważalny czy po prostu nikt nie zwraca na to uwagi czy nikt nie chce zwrócić na niego uwagę?!"
Po raz pierwszy kogoś o to zapytałam i przyznaję... przestraszyłam się tego. Tak cholernie mocno się przeprosiłam, że natychmiast wycofałam się z rozmowy nie pozwalając przyjaciółce dociec o co mi chodzi.
Wtedy zrozumiałam też, że nie chcę aby wiedziała.
Wolę ją przed tym wszystkim ochronić, wolę by zrzucała winę na mój okropny charakter. Depresja spoczywa na moich barkach. I niczyich innych.



Wracając do dzisiejszego dnia...
Napisanie tej notki zajęło mi 3 godziny. W między czasie nie robiłam nic innego, choć wiem jak wiele mam pracy zaplanowanej na dzisiaj. Po prostu... patrzyłam w przestrzeń, słuchając coraz gorszych playlist na youtube. Próbuję sobie odpowiedzieć na jedno proste pytanie - gdzie ginie moja chęć do życia? Nie ma jej pod łóżkiem, nie ma w kubku po herbacie, którą dwa dni temu powinnam odnieść przynajmniej do zlewu, w szafie tylko porzucone pończochy po ostatnim, kolejnym, nieudanym związku.

Miałam kupon do wykorzystania na aliexpress. Wybranie czegoś co by mnie interesowało... było niemożliwe. A przecież chciałam zaoszczędzić tego jednego dolara. Zamówiłam więc obudowę na telefon, zupełnie jakby to miało sprawić, że ktoś do mnie zadzwoni. i takie jakby ocieplacze na ramiona, których użyję chodząc na lodowisko (o ile przyjdą zanim lodowisko nie zostanie zamknięte na kolejne parę miesięcy).
I... gąbeczki do makijażu. Były mi bardzo potrzebne. Nie. Wcale nie. Tak bardzo nie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz